Blog
Refleksja po benefisie naszego kolegi Aleksandra Jałosińskiego
Tak, byłem na benefisie, wernisażu wystawy Olka Jałosińskiego. Byłem! (25 stycznia 2012 w Domu Spotkań z Historią). Niewielu z Was tam widziałem. Tak naprawdę 2-3 (pomijam „starsze” pokolenie). Mam na myśli tych młodych gniewnych, co to maja pretensję, że po 5 zł za zdjęcie dostają. Nie było Was tam, a szkoda. Zobaczyli byście na czym polega różnica między fotografią w rodzaju (za przeproszeniem) „Tele Tydzień” czy inne badziewiaste tabloidy, a prawdziwą fotografią prasową. Tak dobrej fotografii prasowej jak na tym wernisażu dawno nie widziałem, w tak wielkim przekroju i tak wspaniałej, i tak dobrze eksponowanej. Ktoś mnie zaczepił (z nielicznych czytelników strony KFP) na łamach naszej strony, jako jurora konkursu Prasowe Zdjęcie Roku 2011 „… pokażcie światu swoje zdjęcia…”. Olek jest tym właśnie, z naszego (jurorskiego) pokolenia (no trochę starszym wprawdzie) który właśnie pokazał ten „pazur” fotoreportera. Ten pazur którego właśnie brakuje kolegom którzy oburzają się o te 5 zł za zdjęcie i przysyłają na konkurs byle co. Radzę – pójdźcie na wystawę Olka Jałosińskiego, w Domu Spotkań z Historią i zobaczcie na własne oczęta w czym sprawa. Zrozumiecie (albo i nie) na czym polega fotografia prasowa. Zrozumiecie też wtedy dlaczego tak, a nie inaczej jury konkursu głosowało w ten, a nie w inny sposób.
Pokonkursowe refleksje czyli quo vadis ?
Wydawałoby się że konkursy fotografii prasowej powinny być dla fotoreporterów szansą na pokazanie ambitnych i zaangażowanych reportaży, oryginalnych portretów i wnikliwych obrazów rzeczywistości, których media nie chcą drukować. Zdjęcia nadesłane na nasz konkurs , w swojej masie raziły nieporadnością i brakiem oryginalności i ograniczały się do mniej lub bardziej sprawnego dokumentowania spektakularnych wydarzeń . Brak było prac wybiegających poza schemat, oryginalnych tematycznie i formalnie, które choć trochę nosiły by cechy indywidualne, wyróżniające autora. Jeżeli dodać do tego brak samokrytycyzmu, bo przysyłane zdjęcia były często na żenująco niskim poziomie, dostajemy obraz marazmu naszego środowiska.
Zdjęcia za darmo !
Przywykliśmy już do wszelkiego rodzaju pomysłów, w stylu "daj za darmo, to ewentualnie cię podpiszemy". Znamy to dobrze. Fotograf prasowy to taki gatunek co lubi robić zdjęcia po to tylko, by je oddać za darmo w imię "miłości bliźniego". Ostatnimi czasy pojawiła się jednak nowa moda. Moda na coś, co można przyrównać do szantażu. Bez użycia tej nowej metody, można liczyć na zdjęcia tylko od młodych naiwnych, co chcą "błysnąć" publikacjami, zdobyć „sławę” poprzez podpis pod zdjęciem. Myślenie takie - niech publikują, nawet za darmochę, przyda się do portfolio - ma krótkie nóżki i podcina gałąź na której wszyscy siedzimy.
Indywidualni miłośnicy "darmochy" mają jednak pewien problem, na topowe imprezy składają wnioski akredytacyjne raczej poważne agencje i tytuły prasowe. I co tu zrobić. Sama obietnica ewentualnego podpisu pod zdjęciem nie wszystkim wystarczy. Może więc lekki szantaż, przepraszamy - barter. My wam akredytację, wy nam zdjęcia. Ale nie żeby od razu w celach zarobkowych. Co to, to nie. Tylko na potrzeby własne. Na stronkę, na uloteczki, na plakacik, do wywiadziku w gazetce, ot takie, co nie co.
Taki model pozyskiwania zdjęć wybrali organizatorzy jednej z prestiżowych nagród muzycznych. Jest to pewien Związek i Agencja. Nagrody przyznawane są z kolei przez Akademię (na wzór Amerykański – bo wszystko co z Ameryki jest trendy).
W statucie tego Związku czytamy o tym co członek Stowarzyszenia powinien i co Stowarzyszenie ma na celu: "... przestrzegać dobrych obyczajów, w tym etyki zawodowej i zasad uczciwej konkurencji, ... prowadzenie działalności edukacyjnej w zakresie praw własności intelektualnej... , ... rozstrzyganie sporów pomiędzy członkami Stowarzyszenia, obejmujących m.in. prawa autorskie i prawa pokrewne przez nich posiadane ..."
Historia jednego zdjęcia/2/
Październikowa premiera filmu Volkera Schlöndorffa „Król olch” w 1996 roku, nie zapowiadała się interesująco do fotografowania. Owszem, osoba producenta, Lwa Rywina gwarantowała dobry bankiet, ale oprócz reżysera nie zaproszono żadnej gwiazdy. Zapowiadał się zwykły, przeciętny temat z którego nikt nie kupi ani jednej fotki. Nadto wieczorna pora premiery nie pozwalała wykonać ani jednej fotki w świetle naturalnym, które preferuję przy robieniu dobrego portretu znanej osoby. Szedłem więc nie śpiesząc się do nieistniejącego już kina „Skarpa”, gdy nagle przy wejściu trafiłem na bramki i przeszukiwanie toreb, kieszeni oraz torebek. Oznaczało to obecność jakiejś „szyszki” - premiera lub prezydenta. Przy drzwiach tłoczyli się fotografowie z tabloidów, czatujący na sytuacje kto z kim wchodzi.


